do przodu…

Pisałam już wielokrotnie, że mieć Paryż w głowie to sposób bycia,  a także stawianie sobie ciągle nowych celów i wyzwań. Dlaczego do tego wracam? Bo jest jedna rzecz, jedno wyzwanie, które w tym moim symbolicznym roku pod magiczną 40 podjęłam, ale dopiero dziś mam odwagę się pochwalić. Wiem, że mam wiele blogowych zaległości, zwłaszcza w notkach książkowych,  jednak  nie mogę sobie odebrać przyjemności opowiedzenia tej historii…

Otóż na mojej liście marzeń czy rzeczy do zrobienia (jak zwał, tak zwał) na tym wyjątkowym etapie życia,  poza osiągnięciem dobrej formy fizycznej (chodzi o kondycję, bo chuda jestem całe życie), wyjazdem do Paryża w ramach własnego prezentu urodzinowego (zaliczone), zmiany pracy (prezent od losu – nieoczekiwany, ale gdzieś tam skrycie wymarzony), wydania własnej książki (to jeszcze ciągle przede mną), było jeszcze jedno – niezależność transportowa.

Zmęczona kilometrami, które robiłam każdego dnia (z tornistrem mojego synka na jednym ramieniu - bo masakrycznie ciężki i  z synem uwieszonym na drugim – bo zmęczony) pomiędzy szkołą, domem, basenem i wieloma innymi destynacjami, pewnego dnia pomyślałam sobie – ASSEZ! Ma być mały, nie za ciasny, nie musi być nowy, ani nawet czerwony, ale ja chcę i muszę mieć samochód!!! Sprawa była o tyle skomplikowana, że należę (dziś już mogę śmiało napisać – należałam) do grupy kobiet, które potrafią prowadzić (czytaj - mogą) tylko wtedy kiedy ON jest „zmęczony”…  Nie ma się co śmiać, wiem dobrze, że takich przypadków w naszym polskim świecie jest wiele… A hasło „baba za kierownicą to katastrofa” jest absolutnie powszechne i z kąśliwym uśmiechem akceptowane. Na ten przykład, pewnego wieczoru jedziemy sobie taksówką. Kierowca przemiły. W pewnym momencie rozmowa schodzi na tematy samochodowe (jak to z taksówkarzem) – „Kupuje Pani? Wspaniale! Jaki kolor?”. Niby urażona rzucam poważnie  – „dla mnie nie liczy się kolor, tylko moc silnika!” Facet od razu przeprasza, a zaskoczony odpowiedzią ON nie kryje dumy, że Niunia się postawiła. Inna kwestia, że błagałam w myślach wszystkich świętych, żeby nie padło pytanie o tą  interesującą mnie moc, bo nie miałam o niej wtedy zielonego pojęcia, ale to przecież szczegół…

Ostatecznie po kilku nieprzespanych nocach, dzięki wsparciu koleżanek już niezależnych transportowo (MERCI LES FILLES!) wreszcie kupiłam moją własną, małą, nieco doświadczoną białą strzałę. Równie dumna co przerażona, każdego ranka mówiłam sobie (mówię nadal) – Oto ja, daję radę i nadchodzę, tzn. nadjeżdżam.

look interieur twingo  couleur 2

www.doitinparis.com

Oczywiście wielkiej radości i właściwie każdej rzeczy z białą strzałą związanej, towarzyszył stres przez duże „S”, a przy tym wszystkim trzeba było jeszcze robić dobrą minę do złej gry. „Chciałaś być niezależna – to sobie radź!” – unosiło się w powietrzu, mimo, że tak naprawdę nigdy niewypowiedziane. I tak, pierwsze tankowanie – ból w trzewiach, bo oczywiście nie mogłam otworzyć wlewu. Pierwsza wizyta na myjni – migrena. Emocje związane z wizytą u mechanika w ramach obowiązkowego przeglądu, podobne do tych podczas pierwszej wizyty u ginekologa. Każda nowa trasa przeanalizowana wcześniej kilka razy, a i tak zawsze dojechałam jakoś inaczej – ale dojechałam…

Dziś minęło już trochę czasu i jadąc z pracy (wracam też czasem na rowerze… ) i przy okazji śpiewając wniebogłosy razem z radiem, zdałam sobie sprawę jak świetnie się czuję za kierownicą, jaką frajdę mi to sprawia i jak ułatwiłam sobie codzienność. Nie, nie wpadam w samo zachwyt, jestem pełna pokory i ostrożna, jednak to, że na niektórych skrzyżowaniach w Warszawie  wciąż słyszę (dosłownie) bicie swojego serca nie ma już znaczenia, ważne że w życiu idę (jadę) wciąż do przodu…

Ps. Wszystkim aspirującym życzę odwagi!

Ten wpis został opublikowany w kategorii z życia... i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „do przodu…

  1. ~isia pisze:

    …jestem z Ciebie dumna…jak to mówią ” Alleluja i do przodu”,….marzenia są po to,aby je spełniać….

  2. Dobrze Cię rozumiem. Jestem w trakcie odgrzewania mojego prawo jazdy. Obiecałam sobie, że do końca roku tego dokonam. Pierwsze lekcje z instruktorem za mną, Ch. daje poprowadzić swoją furę i okazał się całkiem niezłym „przewodnikiem”, a szwagierka pożyczyła naklejkę z A ;) Rytm, w jaki bije moje serce znam na pamięć, ale jest coraz lepiej. Gratuluję i proszę trzymać za mnie kciuki :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>