No to jaki był ten rok?

Zostało, co prawda jeszcze całych siedem dni do jego zakończenia, ale myślę, że mogę już sobie pozwolić na małe podsumowanie… Tym bardziej, że to był rok przełomowy, no bo w końcu czterdziestkę ma się tylko raz… Bałam się tego okresu potwornie, pisałam o tym kilkakrotnie, przeszłam wszystkie fazy – od paniki do euforii, ale widocznie tak to już jest i nie ma co się nad tym rozwodzić, to po prostu trzeba przeżyć… I niech to będzie moje przesłanie dla tych, którzy mają to przed sobą;)

jaki

www.doitinparis.com

Właściwie każda z pór 2015 roku okazała się pozytywnie zaskakująca –

Wiosna – absolutnie należała do mnie – podróż do Paryża, gdzie bawiłam się w pisarkę, potem nieoczekiwanie, jakby prezent na te właśnie urodziny dostałam propozycję nowej, bardzo francuskiej pracy. Naprawdę poczułam moc…  Jak powiedziała mi jedna znajoma – „I nagle twój blog stal się rzeczywitością”.

Lato – w tym roku cudownie ciepłe i cudownie rodzinne…

Jesień – trochę mną sponiewierała, bo rok szkolny i duuuuużo pracy, ekscytacja, lekki mobilizujący stres, ale w zamian dużo uśmiechu…

Zima – w związku z nieustającą euforią ograniczyłam picie kawy do jednego, maleńkiego espresso dziennie, ze strachu ze mój organizm w końcu nie wytrzyma stanu nieustającego nakręcenia, (chociaż bez niego pewnie nie ulepiłabym wczoraj w nocy tej setki pierogów…).  

Jednym zdaniem – to był dobry, wiele znaczący i niezapomniany rok. Dzisiaj, absolutnie wiem kim jestem i wiem czego chcę. Dziękuję losowi za każdy dzień, każdy sukces i za tych wszystkich dobrych ludzi na mojej drodze, których dotąd spotkałam i których, po latach w tym właśnie roku odnalazłam. Dziękuję również za wszystkie drobne skuchy, które mi się przytrafiły, bo więcej ich nie popełnię…

Patrzę odważnie w przyszłość i mam nadzieję, że ta aventure qui me cherche (ta przygoda, która mnie szuka) nigdy się nie skończy i da mi jeszcze więcej radości życia.    

Życzę wszystkim pogody ducha, spokoju i docenienia tego, co już macie.

Cudownych Świąt Bożego Narodzenia i wszelkiego szczęścia w Nowym Roku!

Ps. Ponoć, jak spędzisz dzień 24 grudnia, tak będzie wyglądał twój następny rok. Dobrze więc, że dziś napisałam, to rokuje dla mojego bloga…

Opublikowano 100 dni do... | Otagowano , , , | 1 komentarz

A w głowie Paryż – bardziej niż kiedykolwiek…

„A w głowie Paryż bardziej niż kiedykolwiek” – takie wiadomości dostawałam w zeszłym tygodniu od przyjaciół, znajomych czy ludzi, którzy zaglądają czasem do mnie na bloga. To wiele dla mnie znaczy, bo to MOJE miasto… Dziękuję.

14 listopada, od rana dzwoniłam i pisałam  do paryskich przyjaciół, którzy jak na złość, mieszkają właśnie kilka kroków od dobrze mi znanej sali koncertowej Bataclan czy restauracyjek w X dzielnicy, gdzie pomieszkiwałam u moich słowackich przyjaciół przy rue de Charonne. Wszystko u nich dobrze, ale wiadomości w stylu „dziś w nocy w naszej dzielnicy była wojna (…), albo „pamiętasz taras, gdzie ostatnio jedliśmy razem kolację? – już go nie ma…” doprowadziły mnie do totalnej rozpaczy i strachu, jakiego dotąd nie znalazłam.

W ostatni piątek, znajomy zapytał mnie dlaczego jeszcze o tym nie napisałam? Dlaczego nie zareagowałam od razu? Myślę, że czasem chyba lepiej poczekać, wyciszyć się i przemilczeć, aby nie dać się ponieść pierwszym emocjom… – czyli bezsilności, która prowadzi wprost do złości i nienawiści. I to milczenie było chyba najmądrzejszą decyzją, najlepszym wyrazem szacunku dla moich francuskich przyjaciół i dla wszystkich tych ludzi, których to dotknęło, niezależnie od ich koloru skóry, pochodzenia i wiary. Uznałam, że tylko oni mają prawo reagować, płakać, krzyczeć, przeklinać… Ja, mogę tylko myśleć o nich najcieplej, najpiękniej i błagać w duchu, by już nic takiego się nie powtórzyło ani tam, ani nigdzie indziej… Bo jak wielu z nich jestem tylko zwykłym kimś, kto po prostu chce spokojnie i bezpiecznie przeżyć swoje życie.

Tak więc, przez ostatni tydzień w ciszy i skupieniu obserwowałam moich francuskich kolegów z pracy i czytałam reakcje Paryżan na portalach społecznościach. Przyznam, że byłam poruszona. Uderzyła mnie ich pokora, ale również ich duma, w której nie było jednak ani odrobiny agresji czy nienawiści – „il faut resister, il ne faut pas montrer qu’on a peur, il faut pas se laisser faire par la haine”. (Trzeba się trzymać, nie możemy pokazać strachu, nie możemy poddać się nienawiści).

Zrobiło to na mnie tym większe wrażenie, że niestety wielu z moich polskich znajomych, ludzi wykształconych i jak mi się dotąd wydawało otwartych, ale którzy „do czynienia z Arabem”, w życiu nie mieli, że tak się brzydko, ale wprost wyrażę, zabrało jednak głos w sprawie. I to jak zabrało?! W jednym zdaniu, żeby nie wchodzić w szczegóły podsumuję to tak – patriotyzm pojęty bardzo po swojemu, ocierający się o nacjonalizm w najgorszym wydaniu. Aż mnie zmroziło, bo coś mi to bardzo przypomina… Do czego zmierzam? Do tego, że wariaci i źli ludzie są wszędzie i nie ważne w co wierzą albo nie wierzą, obawiam się, że są nawet bliżej niż nam się wydaje. A teksty w stylu – „nie sprawdziło się multi-kulti”, „Paryż wyrzekł się Boga – to teraz ma”, czy też „nie trzeba było iść na satanistyczny koncert” świadczą o braku jakiejkolwiek wiedzy o tym mieście, o jego kulturze, czy o ludziach tam mieszkających. Tym wszystkim mówię w twarz – NIE MACIE RACJI !

To moje stare i odrobinę już wyblakłe zdjęcie z Paryża sprzed 12 laty.

12124251_1209660982393622_2071669294_o

Jest ciepły piątkowy wieczór, a ja żegnam się z moim miastem po prawie 5 latach mieszkania w jego dzielnicach. Dlaczego akurat to zdjęcie? Ponieważ gdy je ostatnio znalazłam, wróciły cudowne wspomnienia. Bo tego wieczoru, na tym zdjęciu jestem z moimi przyjaciółmi, jesteśmy wszyscy młodzi, jesteśmy wszyscy bardzo rożni, ale jesteśmy pełni wiary w naszą przyszłość.

Są tam m.in. (w głębi po prawej) katolik Libańczyk, (po lewej tuż za mną) ewangeliczka ze Słowacji, pozostali to Francuzi - muzułmanie, katolicy, a nawet żydzi. Lubiliśmy się i lubimy nadal. Znaliśmy się i jedyne czego pragnęliśmy i pragniemy nadal, to pozostać w kontakcie i żyć szczęśliwie razem, osobno lub po prostu  obok siebie. Połączyło nas to właśnie wielokulturowe, czasem trudne, ale cudowne miejsce w środku Europy, a nasza wiara nie miała żadnego znaczenia.

Znam to miasto, doświadczyłam go pod każdym względem, kocham je i będę tam wracać mimo i wbrew wszystkiemu, bo jak powiedział Hemingway – Paris sera toujours une fête! – Amen.

Opublikowano Paris je t'aime | Otagowano , , | 1 komentarz

Mały Książę

Lubicie patrzyć w niebo nocą? Ja lubię, zwłaszcza w górach, tych moich rodzinnych, bo noce są tu wyjątkowe. Z jednej strony tak niesamowicie ciemne ze względu na otaczające góry, a z drugiej strony tak cudnie rozgwieżdżone. Pamiętam widok takiego właśnie nieba pełnego gwiazd jeszcze z dzieciństwa, pamiętam jak poruszał moją wyobraźnią. Lata minęły, a emocje wciąż te same… W zeszłym tygodniu nie dość, że pogoda była absolutnie cudna to jeszcze w radio od rana zapowiadano noc spadających gwiazd. Nie mogliśmy tego przegapić, razem z moim synem czekaliśmy więc (mniej lub bardziej cierpliwie) na to wydarzenie. Wreszcie zapadła noc, usadowiliśmy się na ganku i patrzyliśmy, patrzyliśmy, odgadywaliśmy gwiazdozbiory… Niestety nie udało nam się zauważyć ani jednej spadającej gwiazdy. Nieco rozczarowana, chyba nawet bardziej niż mój synek, uznałam, że czas kłaść się spać. Piotruś chyba widząc moją zawiedzioną minę, pewnie żeby trochę mnie pocieszyć rzucił nagle – Mamo patrz! Zaintrygowana spytałam od razu – Spadająca gwiazda?Nie, ale chyba widzę planetę B-612? Jak to czasem dzieci potrafią rozczulić rodziców, co? Widzisz planetę Małego Księcia? – zapytałam. Patrząc mi prosto w oczy, tak jak to robią czasem dorośli oszukując dzieci, by te uwierzyły, że to co na łyżeczce, to nie lekarstwo tylko słodkości, bez drżenia powiek przytaknął. Zapadła cisza.. Jedna z tych, w których ten co oszukuje dobrze wie, że ten którego oszukał się zorientował, ale żaden nie daje po sobie poznać… Po chwili spytał wreszcie – Mamo, a czy ty piszesz czasem na blogu o mnie?Czasami, ale nigdy bezpośrednio, a co? – To teraz możesz napisać, że widziałem Małego Księcia i że się wzruszyłem. I poszedł. Chciałam go jeszcze zapytać, co go tak naprawdę wzruszyło, ale jak na prawdziwego twardziela przystało, w żadne szczegóły nie miał zamiaru wchodzić. No wzruszył się i już, przecież też widziałam film, to wiem o co chodzi…

No widziałam, widziałam… W dniu 5 sierpnia br. miałam okazję zabrać go na premierę disnejowskiej bajki, której źródłem inspiracji była książka Antoine’a Saint-Exupéry – Mały Książę. Celowo nie piszę adaptacja filmowa, bo historia nie dotyczyła tylko i wyłącznie Małego Księcia. Powiem szczerze, że obawiałam się tego filmu, bałam się, że okroją, przerobią i cała wartość i przekaz tej niesamowitej książki zostaną mówiąc wprost spłycone… Zostałam jednak miło zaskoczona. Bajka podobnie jak książka jest historią zmuszającą do zastanowienia się, jest spokojna, jest nastrojowa i dokładnie tak jak oryginalna historia, dość trudna do przyswojenia i zrozumienia.

Nie uwierzę nikomu, kto przeczytał Małego Księcia jako dziecko, kiedy była to jeszcze (nie wiem czy jest nadal) lektura obowiązkowa, że tak od razu pojął o co chodzi i że się nią zachwycił. Uwierzę za to, że był zaskoczony, nieco zdziwiony, że nie była to prosta historyjka o małym chłopcu, czego się pewnie spodziewał.

Dlatego też nie dziwiły mnie ryki i dosłowne wycie malutkich 2 czy 3 letnich dzieci warszawskich celebrytów (pamiętajcie, że to była premiera  - swoją drogą event i zachowanie niektórych rodziców zasługują na osobny komentarz, ale szkoda mi słów…) podczas seansu, a potem opuszczanie sali kinowej… Jestem pewna, że oni nie przeczytali nigdy Małego Księcia, a powinni to zrobić właśnie teraz, kiedy są już dorośli.

Osobiście przeczytałam tę książkę 3 razy. Kiedyś w szkole, potem w Paryżu po francusku i ostatni raz kilka miesięcy temu. Dziś, mogę przyznać bez żadnego wstydu, że dopiero za trzecim razem historia wydała mi się naprawdę niesamowita, tak przejmująco ludzka i mądra. Nie wiem czy to doświadczenie, czy moje nastawienie się zmieniło?  A może trzeba po prostu być dorosłym by ją zrozumieć, w końcu St. Exupéry jak sam napisał, poświęcił ją właśnie dorosłym, którzy kiedyś byli dziećmi.

Z bajką/filmem jest podobnie, myślę, że jest zbyt ambitna czy poważna dla malutkich dzieci. Nie ma tam szalonej wesołej muzyki, głupiutkich i prostych tekstów, są za to emocje i słowa, które wiele znaczą. Jest tam dziecko wychowywane nie po to, by było szczęśliwe tu i teraz, lecz by stało się wspaniałym dorosłym… Jest tam wiele o samotności i o zagubieniu dorosłych. Wszystko zaczyna się zmieniać dzięki sprawnie wplecionym fragmentom historii Małego Księcia. Wspaniałe jest to, że te zapożyczone fragmenty książki nie są przeinaczane. To zawsze właściwe słowa, to zawsze te przepiękne oryginalne ilustracje autora. Naprawdę bardzo dobrze zrobiona animacja, a muzyka dopełnia doskonale całości.

Ps. Jeśli macie chwilę czasu przeczytajcie Małego Księcia jeszcze raz, tak od nowa. Opowiedzcie jego historię swoim dzieciom, a dopiero potem zabierzcie je do kina, a na pewno będą wzruszone bo zrozumieją, tak jak mój ośmioletni synek pokazujący mi planetę Małego Księcia, że sekret jest prosty : „dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest dla oczu niewidoczne.”

Opublikowano Paryż na ekranie | Otagowano , , , , | 2 komentarzy

Blogowa mapa Francji

Jedną z cudownych rzeczy, z których nie zdawałam sobie sprawy zakładając bloga jest to, że pisanie bloga pozwala na poznawanie wielu ciekawych ludzi. Ludzi pozytywnych i pełnych energii, a najlepsze jest to, że to często ludzie dzielący podobne zainteresowania. Jak się okazuje osób takich jak ja, czyli z Paryżem w głowie jest całe mnóstwo i potwierdza się wielokrotnie powtarzana przez mnie teza, że Paryż to nie tylko miasto. To emocje, to pewna postawa, to po prostu coś więcej… Najlepszym tego przykładem jest świetna, nowa inicjatywa, w której mój blog również ma zaszczyt brać udział tzn. Blogowa mapa Francji tworzona na bieżąco na blogu www.francuskiwsieci.blogspot.com. Dzięki mapie znajdziecie ludzi rozsianych po świecie (nie tylko we Francji), którzy zasmakowali w kulturze francuskiej i chętnie dzielą się swoimi wrażeniami. Oprócz mapy, blog oferuje również wiele innych interesujących i przydatnych zakładek tematycznych, które chętnie sama odwiedzam i szczerze polecam.

Udział w blogowej mapie wymaga odpowiedzenia na kilka osobistych pytań oraz zdjęcia autora – „bo blog musi mieć ludzką twarz”. Tak więc, tym razem będzie osobiście, będzie też specjalnie na tą okazję zrobione prawdziwe zdjęcie ciszabo, która zazwyczaj lubi przedstawiać siebie raczej poprzez zapożyczone z www.doitinparis.com  podobne do niej kreskowe postacie. Tak przy okazji powiem tylko, że owo zdjęcie zrobiła mi świetnie zapowiadająca się młoda fotografka Bożena Pazgan. Sesja zorganizowana była w piętnaście minut w tzw. złotej godzinie, a trwała minut dwadzieścia. Oto jej wynik -

IMG_5774

Jeśli tylko macie ochotę dowiedzieć się o mnie czegoś więcej – pięknie zapraszam.

 JESTEM? Bożena, to stare słowiańskie imię, które zawsze budzi zainteresowanie wśród Francuzów, co przyznam sprawia mi nieskrywaną przyjemność. Przyznam też, że uwielbiam  ich pełne rozanielenia miny, kiedy na pytanie –  Co ono oznacza? – rzucam niby nieśmiało – don de dieu czyli dar od Boga. A part cela, jak już wiecie jestem po prostu kobietą z Paryżem w głowie, kobietą szczęśliwą, ale która wciąż chce od życia więcej. Od dwóch lat piszę bloga, który jest dla mnie en général odskocznią od codzienności, parfois wspomnieniem, souvent zabawą, ale przede wszystkim i toujours wielką przyjemnością! Staram się dzielić spostrzeżeniami, pomysłami, wrażeniami i mam nadzieję dobrą energią.

ZAWÓD. Jestem tłumaczem przysięgłym języka francuskiego, jednak moje życie zawodowe nie zawsze było związane bezpośrednio z francuskim. Tak naprawdę, wszystko zawirowało po mojej (magicznej) 40 i dokładnie dziś mijają już dwa miesiące, od kiedy je fais partie de la maison i pracuję, że tak górnolotnie powiem – dla Francji, ale w Warszawie, gdzie mieszkam, gdzie założyłam rodzinę i którą już chyba ostatecznie pokochałam.

DLACZEGO FRANCJA? Nie wiem do końca, dlaczego? Jednakże, zawsze kiedy ktoś zadaje mi to pytanie przypomina mi się pewna scenka, która z dzisiejszej perspektywy ma pewien symboliczny wymiar i może być odpowiedzią na to pytanie. Dawno temu, kiedy byliśmy z bratem małymi dziećmi zbieraliśmy wszelkiego rodzaju pocztówki, takie z kwiatami, z misiem uszatkiem, z aktorami no i takie zagraniczne. Dokładnie pamiętam dzień i dumną minę mojego starszego brata jak się mu trafiła ta z la Tour Eiffel. Była jak relikwia, była na gładkim i błyszczącym papierze. Okazało się, że  dostał ją od chłopca z drugiego bloku za cztery opakowania po niemieckiej czekoladzie i pięć komiksów z gumy Donald, które też zbieraliśmy. No, ale kto wtedy tego nie zbierał? Trochę dużo nas kosztowała… Wszyscy, którzy pamiętają tamte czasy, rozumieją o co chodzi… W związku z tym, że od razu miała status cennej, ja mogłam ją co prawda chwilkę czasami potrzymać i popatrzeć, ale kartka pod żadnym pozorem nie mogła pokoju brata i kolekcji opuszczać … Tak więc od czasu do czasu przychodziłam sobie na nią popatrzeć.  Nie wiem o czym dokładnie myślałam trzymając ją w małych rączkach pięcioletniej dziewczynki, ale może to właśnie dlatego Francja?

POMYSŁ NA PROWADZENIE BLOGA. Odpowiem tak, jak zrobiłam to już kiedyś przy innej okazji. Zawsze lubiłam i miałam ciągoty do pisania. Ponoć mam lekkie pióro… Kiedy byłam młodą dziewczyną pisałam pamiętnik. Znalazłam go ostatnio, przeczytałam i z uśmiechem stwierdziłam, że była ze mnie śmieszna niunia -  wrażliwa, ale bardzo ciekawa świata i ludzi. Miałam też dość radykalne poglądy. Wszystko było białe, albo czarne, nic pomiędzy…. Młodzi ludzie często tak mają. Wynika to chyba z braku doświadczenia życiowego, bo dzisiaj widzę już wszystkie odcienie szarości. Generalnie marzę o napisaniu książki. Nie wiem dokładnie co to ma być, niemniej piszę, bazgrzę, skrobię itd… Raz dość systematycznie, raz sporadycznie. Jeśli chodzi o blog, pomysł w głowie pulsował od dawna, kusił, ale najzwyczajniej w świecie nie miałam odwagi. Aż kiedyś szukając czegoś o Paryżu wpadłam na blog – Mama w Paryżu. Spodobała mi się ta dziewczyna i jej opowiadania, podejście do życia i pogląd na świat. To był bodziec. Tego samego dnia wieczorem założyłam bloga i opublikowałam mój pierwszy króciutki wpis…

NAJPRZYJEMNIEJSZA PRACA ZWIĄZANA Z BLOGOWANIEM. Uwielbiam ten moment, kiedy nagle przychodzi myśl czy pomysł na wpis. Uwielbiam ten dreszczyk emocji kiedy boję się, że go zapomnę, kiedy nagle zdania tworzą się w głowie. Czasem muszę zrobić notatki, albo tyko zapisać słowa klucze. Najprzyjemniejszą pracą jest chyba jednak samo pisanie.

JESTEM SKOWRONKIEM VS SOWĄ. Chyba sową, przynajmniej jeśli chodzi o bloga. Piszę i pracuję późnym wieczorem i zazwyczaj moje wpisy publikowane są około 23.00. Noc gwarantuje też pewne poczucie intymności i spokoju. Domownicy już śpią, telefon nie dzwoni, nic mnie nie rozprasza..

BUDZIK NASTAWIONY MAM NA 7.15. Właściwie to nie budzik, tylko Monsieur Louis Amstrong delikatnie budzi mnie ze snu piosenką What a wonderful word. Jak widzicie, od samego rana jestem pozytywnie nastawiona…

DZIEŃ ZACZYNAM OD uśmiechu. Poważnie. Wstaję rano w lepszej lub gorszej formie i śmigam do łazienki by spojrzeć w lustro. Strzelam sobie samej uśmiech, a potem w zależności od tego, kogo tam zobaczę rzucam – Bonjour ma Belle (Dzień dobry Piękna), albo – Aller, du courage! (Odwagi, będzie dobrze). I jedno i drugie pomaga.  Przetestujcie.

3 RZECZY, BEZ KTÓRYCH NIE WYCHODZĘ Z DOMU to telefon, trousse de maquillage (nigdy nie wiadomo kiedy się przyda) i notesik na notatki – obowiązkowo. Wszystko znajduje się oczywiście w dość dużej torebce, w której jest jeszcze milion innych rzeczy jak np. malutki śrubokręt z serii 5 w jednym, witaminy czy cukierki lub lizaki, które mają uratować mi życie, gdyby nagle zrobiło mi się słabo – to takie przyjemne autorskie placebo.

AUTO VS ROWER – oj i tu mam zagwozdkę. Wiecie już, że kocham rower, zwłaszcza taki miejski o czym pisałam tu. Wiecie też jednak, że w tym roku ostro ruszyłam do przodu moją białą strzałą, także powiem – les deux – w zależności od okoliczności.

BAGIETKA VS CROISSANT, a to akurat zależy od pory dnia.  Kocham croissants z rana – takie zwykłe au beurre, a do tego café au lait i obok na talerzyku malinowe konfitury. Nigdy jednak nie odmówię po południu lub wieczorem bagietce z francuskim serem, najepiej kozim z odrobinką konfitury z fig… (Moje kupki smakowe zostały w tym momecie rozdrażnione do granic wyobraźni).

W DRODZE DO PRACY NAJCZĘŚCIEJ – jeśli to ja prowadzę jestem uważna, jeśli nie ja – to czytam lub rozmyślam – uwielbiam to. To takie jakby wykradzione codzienności krótkie chwile tylko pour moi.

W MOJEJ PRACY NAJBARDZIEJ LUBIĘ to, że realizuję siebie.

WEEKENDY SPĘDZAM w gronie rodzinnym. Przyznam, że ciężko mnie wyciągnąć na imprezę, chociaż naprawdę  je lubię. W sobotę rano lubię skoczyć na basen, a potem pobawić się w perfekcyjną panią domu (nuda co?), ale ja naprawdę lubię sprzątać… No… Reszta czasu należy już tylko do mojego synka i wiecznie zapracowanego męża.

W DESZCZOWĄ POGODĘ NAJCZĘŚCIEJ czytam i słucham muzyki. Czasem lubię deszcz i czekam, aż spadnie żeby wszystko było świeże i pachnące…

SKLEPY, DO KTÓRYCH ZAGLĄDAM NAJCZĘŚCIEJ to chyba jednak spożywcze, potem może księgarnie, a dopiero na końcu takie z babskimi fatałaszkami…

ULUBIONE MIEJSCA W Warszawie to moja dzielnica, a w szczególności Park Moczydło, o którym  również już pisałam i który przypomina mi paryski Parc Montsouris.

POKUSA, KTÓREJ ZAWSZE ULEGAM, to książki o Paryżu. Mam ich kilogramy i ciągle gdzieś znajduję nowe. Działają jak magnes i nie mogę sobie ich odmówić. Kiedyś napiszę swoją własną – promis, juré, craché jak to mówią francuskie dzieci.

GDYBYM MIAŁA OPISAĆ SWÓJ CHARAKTER JEDNYM Z ŻYWIOŁÓW, WYBRAŁABYM – pierwsza myśl – ZIEMIA.

W LUDZIACH NAJBARDZIEJ CENIĘ szczerość i uczciwość.

W LUDZIACH NAJBARDZIEJ IRYTUJE MNIE pozerstwo i zawiść.

W ZWYCZAJACH FRANCUZÓW LUBIĘ te ich celebrowanie wszystkiego i niczego zarazem.

JESTEM SZCZĘŚLIWA, GDY… Jestem chyba szczęśliwa z natury. Oczywiście jak to w życiu,  spotyka mnie też czasem jakaś przykrość czy dopada smutek, ale jakoś zawsze udaje mi się dostrzec tą lepszą stronę mocy… Kto mnie zna, wie, że tak jest.

NADUŻYWAM SŁOWA – wyrażenia – czy ja Ci kiedyś źle doradziłam? – zwłaszcza w odniesieniu do Panny BiPi.

NAJBARDZIEJ INSPIRUJĄ MNIE ciekawi i mądrzy ludzie.

NAJBARDZIEJ BOJĘ SIĘ głupoty i zawiści.

MOJA NAJWIĘKSZA WADA – ja nie mam wad tylko takie zwykłe małe, nic nieznaczące, typowo babskie ułomności, a to się chyba nie liczy, co?

NIGDY NIE WYBACZAM – jestem w połowie góralką, co oznacza, że wybaczam, ale niestety nie zapominam.

SUKCES dla mnie to życie w zgodzie z samą sobą, wśród ludzi darzących mnie uczuciem i szacunkiem. To również uśmiech mojego dziecka. Cała reszta się nie liczy.

GDYBYM MIAŁA WEHIKUŁ CZASU, PRZENIOSŁABYM SIĘ do Paryża lat dwudziestych XX wieku.

ULUBIONY FILM – O północy w Paryżu i nie tylko…

ULUBIONA POSTAĆ BAJKOWA -  nie mam jednej, kocham stare disnejowskie kreskówki.

KSIĄŻKI, KTÓRE CHĘTNIE POLECĘ  – jest ich wiele, o niektórych staram się pisać na blogu. Może kiedyś zrobię wpis – Top 10  książek, które zmieniły moje życie?

NAJFAJNIEJSZA RZECZ JAKĄ MAM W SZAFIE – to ta torebka Chanel, o której pisałam już kiedyś właśnie tutajPs. ON cały czas się nie zorientował, albo cały czas tak skutecznie udaje.

ULUBIONA POTRAWA – jestem smakoszką i wielkim łasuchem, chociaż tego po mnie nie widać. Nie mam jednej ulubionej potrawy, jest ich zbyt wiele…

MOJE POPISOWE DANIE – jesli chodzi o dania francuskie to chyba Boeuf Bourgignon, które przygotowuję dokłanie wg przepisu i z całym rytuałem Julii Child, mojej ulubionej Amerykanki z Paryżem w głowie.

ZA ROK O TEJ PORZE ? Nie wiem. Nie wybiegam, aż tak daleko w przyszłość.

Ps. Dziękuję  Karolino :)

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , | 5 komentarzy

Madeline w Paryżu

Mimo, że uwielbiam maleńkie klimatyczne księgarnie, których coraz mniej, nie mam jednak nic do zarzucenia sieciówkom. Lubię dyskretnie przemykać pomiędzy regałami, a obecność innych ludzi, zazwyczaj tłumów, sprawia, że mam poczucie bycia niezauważalną i wtedy… Swobodnie dotykam grzbietów książek, wyjmuję je z półek, kartkuję, a nawet wącham dyskretnie zapach papieru… Nie wiem czy to do końca normalne, ale co tam, lubię to… A jeszcze jak to TA książka, mimo, że mam już swój egzemplarz w domu, mimo, że przeczytana i kupiona kilka razy w prezencie innym i tak wracam w miejsce gdzie zakładam, że powinna być i rozpoczynam mój rytuał…  Tak też było dzisiaj. Nie mogłam sobie odmówić tej  drobnej ekscentryczności, tylko pewnie Was zaskoczę, bo nie stałam przed żadnym  dziełem klasyka w skórzanej oprawie, lecz przed regałem z napisem :

20150712_145447 (2)

Dostałam Madeline jakiś czas temu z Wydawnictwa Znak. Och jak wielka była moja radość. Byłam absolutnie oczarowana. Historię już znałam oczywiście (kto nie zna?), ale nie myślałam, że ta książka o małej dziewczynce może zrobić na mnie, aż takie wrażenie. Okładka piękna, papier pachnący, a jak ją otworzyłam, nie mogłam tak po prostu tylko przewertować…

„W Paryżu, w pewnym starym domu,

który stał porośnięty dzikim winem…”

czytałam jak zaczarowana strona po stronie i chłonęłam tę cudownie prostą historię zwyczajnie niezwyczajnej,  rezolutnej i dzielnej dziewczynki. Rymy, rytm i taka prawdziwa, nieskazitelna dziecinność historii Madeline nie tylko urzeka, ona sprawia, że ma się wrażenie podróży w czasie do tego błogiego momentu, gdy miało się właśnie te 6 lat i trochę…

Tak naprawdę, mimo że nasze dzieci żyją i rozwijają się dziś z prędkością światła, w tym szalonymi nowoczesnym świecie, to takie właśnie historie kochają jednak najbardziej. Nie przesadzę jeśli powiem, że my wszyscy je kochamy. Bo jest w przygodach tej zadziornej dziewczynki coś pierwotnego i bezpiecznego. Zasady, którymi dwanaście małych dziewczynek pod czujnym i ciepłym spojrzeniem panny Clavel, w życiu się kieruje są banalnie proste, ale to właśnie pozwala im na odpowiednie reagowanie, swobodne wyrażanie siebie i buduje poczucie bezpieczeństwa. To te klarowne zasady, pozwalają również małej ryzykantce, którą niewątpliwie jest rządna przygód Madeline, na bezpieczne i odważne wyjście z każdej sytuacji, czym daje przykład przyjaciółkom.

Książka, oprócz naprawdę zabawnych historii zawiera coś jeszcze, otóż przepiękne ilustracje kreślone ręką autora. Postaci rysowane są prostą kreską, ale wyrażają wszystkie możliwe emocje, dlatego też są autentyczne i przemawiają do małego czytelnika budząc jego zaufanie i sympatię. Dodatkowo, widzimy tu Paryż i nie tylko (jest też coś dla miłośników Londynu) w całej okazałości, kolorowy, równie prosty, ale przez to prawdziwy. Dlatego też, nie zdziwiła mnie wcale wiadomość mojej przyjaciółki, w spawie reakcji jej pięcioletniej córeczki Marysi na pierwszą lekturę książki :

„… przetestowano właśnie na dzieciach współczesnych i jest miłość od pierwszego wejrzenia. Marysia dziś powędrowała z książką do przedszkola – nie chciała się rozstać”   

Czy trzeba powiedzieć  coś więcej? Może tylko powtórzę słowa Anny Quindlen, autorki wstępu do książki Ludwiga Bemelmansa -  Madeline w Paryżu nie jest książką napisaną przez osobę dorosłą, mającą pewne wyobrażenie na temat dzieci – kim i jakie powinny być. Madeline to książka napisana przez człowieka, któremu  udało się ocalić w sobie jakąś część dziecięcego umysłu.

To nie jest książka na specjalną okazję, na urodziny czy dzień dziecka. To książka, którą każda dziewczynka po prostu powinna mieć – maleńka Nadia, która niedawno przyszła na świat w Rybniku, Ophelcia i jej siostra Lilianka w Paryżu, sześcioletnia Helenka, która za niedługo  do Miasta  Świateł wyjedzie, trzyletnia Lenka i jej kuzynka Kornelia w Londynie, ale również Ania czy Tośka z Warszawy, które szykują się już do matury…

Polecam bardzo serdecznie.

Ps. Mój ośmioletni syn też przeczytał, podobały mu się zwłaszcza rozdziały Madeline i Gagatek, Madeline i Cyganie oraz Madeline w Londynie. Ilustracje również zrobiły swoje - rysował Paryż, Londyn i Zoo przez kilka dni z rzędu.   

Opublikowano Paryż zaczytany | Otagowano , , , , | 1 komentarz